kalibro | e-blogi.pl
WEWNĘTRZNA BITWA KOLIBRA. 2019-04-22

Wewnętrzna walka, burza emocji, ciągła huśtawka nastroju ...


Nadmiar wrażeń, wzloty i upadki... to co przeżywam nie jest łatwe. Na zewnątrz jak zwykle twarda, uśmiechnięta, pozytywnie nastawiona do otoczenia, z poczuciem humoru. Kiedy jednak nikt nie widzi, zazwyczaj gdy jestem sama w domu... są momenty że pękam... po policzkach płyną mi łzy, zaczynam delikatnie szlochać lub ryczę - bez zapowiedzi, bez konkretnego powodu, bez jasnej przyczyny... Po prostu ryczę, przez 10 sekund, przez minutę czy przez 15 minut. Nie jest to zależne do końca przeze mnie i nie potrafię tego wytłumaczyć. Kiedyś stres i niepowodzenia rozładowywałam wypadem do lasu, kawą u znajomych, spontanicznym wypadem z domu... a teraz? Teraz nie mogę nic. Siedzę na wozku inwalidzkim, prawą rękę mam na temblaku, bo nie ruszam nią wcale i nie zostaje mi nic innego jak tylko płakać. Ciężko radzę sobie z moją niepełnosprawnością, a moimi problemami wewnętrznymi nie chcę dodatkowo obarczać najbliższych. Wystarczy, że i tak traktują mnie z rezerwą, rozmawiają między sobą na mój temat i obchodzą się ze mna jak z jajkiem... Nie lubie tego, nie chce być słabsza, gorsza, bezbronna.... Nie jestem do tego przyzwyczajona.


 


Na codzień dobrze sobie radzę z tym, co mnie spotkało. Nie żałuję tego co było, nie cofneła bym czasu i tak nic by to nie zmieniło. Co miało się zdarzyć, to się zdarzyło. Tak poprostu musiało być ...


 


Wśród swoich znajomych, na swoim terenie, wiem jak się zachować, jak rozmawiać, jak funkcjonować... ale na dworze, wśród obcych, w miejscach publicznych jestem słaba... Ciężko jest być słabszym, wiedzieć że ludzie mnie obserwują, czuć że patrzą na mnie z litością, ze współczuciem... Ogarnia mnie złość, gniew, jakaś agresja w stosunku do tego, na co przecież nie mam wpływu...


Po prawie 11 miesiącach, wciąż mam problemy z emocjami i tą moją bezsilnością. Na poczatku kwietnia miałam kolejną operację, tym razem naprawiano mi udo. Teraz z nadzieją i cierpliwością czekam 8 tygodni na tą chwilę, gdy trzeba będzie skontrolować wynik operacji i jeśli wszystko będzie dobrze, to zacznę rehabilitacje i próby stawiania pierwszych krokow bez wózka. Kolejna lekcja cierpliwości, którą serwuje mi życie... 


HOME, SWEET HOME... 2019-04-19

Wróciłam do domu. Przez pierwsze tygodnie uczyłam się życia na wózku, w miejscach, w których kiedyś dwie nogi wystarczyły, teraz musiałam nauczyć się jeździć wozkiem... Nie wszędzie dojechałam, nie wszystko sięgnęłam, nie mogłam dostać sie w miejsca, w które wcześniej bez problemu układałam rzeczy potrzebne sporadycznie. Od tego momentu musiałam nauczyć się prosić o pomoc. Osoba samodzielna, samo wystarczalna, wulkan energii , pracoholik... i nagle BUM! Nieporadna, powolna i przykuta do wózka, od wewnątrz rozsadzał mnie nadmiar energii, dobijała bezsilność i nieporadność w prostych czynnościach... Nie potrafiłam nawet przyszykować sobie jedzenia...


    W wieku 30 lat byłam zdana na moich bliskich, mama przychodziła do mnie szykować mi śniadanie, gotować obiad, czy nawet pomagać mi się wykąpać. Nie byłam w stanie sama wejść, czy wyjść z wanny, nie potrafiłam przygotować sobie kanapki, nawet napisanie podania czy jakiegoś wniosku nie mogło odbyć się bez pomocy bliskich. Z bezsilności puszczały mi nerwi i wyżywałam się na bliskich albo z nerwów po prostu płakałam. Pierwsze tygodnie były nauką, z czasem było łatwiej. Nauczyłam się robić kanapki, jajecznicę czy nawet proste ciasta. Byłam z siebie dumna i czułam się lepiej z moją samodzielnością. Korzystanie z wanny, wstawianie prania, rozwieszanie go, czy nawet nieporadne mycie podłogi było tak przyjemne jak pierwszy samodzielny posiłek małego dziecka. Niestety pięknie i jak dawniej być nie może....bo nadal nie potrafiłam sama obrać ziemniaka czy innych warzyw, nie potrafiłam kroić niczego, nie byłam w stanie zrobić sobie kitki ( jasne, kilka razy udało mi się związać włosy, ale takie "fryzury" nie nadawały się do publicznego wglądu) ... i ćwicząc, mogę stwierdzić, że pisanie lewą ręką z czasem sprawia mniej kłopotów. Nie jest łatwo przestawić się z prawej ręki na lewą, ale jak się chce i ćwiczy, to można osiągnąć wiele.


 


Wszystkie bariery, które stawia przede mną życie da się pokonać - niektóre szybciej, inne wymagają czasu, ale najważniejsza jest cierpliwość, silna wola i chęć pokonywania barier, osiągania nowych celów, bycia samodzielnym, może nie całkowicie, ale im bardziej mogę liczyć na siebie i nie korzystać z pomocy innych, tym lepiej się czuję.


Pięć miesięcy w domu, do lekarzy jeździłam tylko kontrolnie. Spotykalam się ze znajomymi, głównie u mnie w domu, ale były też comiesięczne wypady do "Kina na szpilkach", wyjazdy do lasu (znalazłam AŻ dwa grzyby bez pomocy innych), bywały też imieniny/urodziny u bliskich, tylko nie było tej wolności co kiedyś... żeby wyjść z domu czy nawet do niego wrócić, ktoś musiał przy mnie być i znieść/wnieść mój wózek po schodach bo klatka schodowa nie jest przystosowana do inwalidów. Nauczyłam się już... cierpliwość, przede wszystkim cierpliwość, a wszystko się ułoży. 


SZPITALNY SKRÓT 2019-04-12

Po wypadku zaczęłam kwartał życia na oddziale... Prawa ręka była sparaliżowana w całości. Nie mogłam nią ruszyć, nie czułam jej wcale (częsty uraz motocyklistów) - uszkodzenie splotu barkowego. Na szczęście czucie i ruch powoli wracały. Najpierw czucie w barku, później niewielki ruch i stopniowo czucie wracało, od barku w dół. ( Naukowcy i lekarzetwierdzą, że funkcje wracają stopniowo po 1 mm dziennie) U mnie to czucie wracało troszkę szybciej, bo w ciągu tych niecałych 3 m-cy praktycznie do łokcia czucie wróciło. Samego łokcia nie czułam, nie ruszałam nim też, ale to i tak było dużo. Niestety po jakimś czasie nastał okres oczekiwania i czas przybicia psychicznego, bo nie było żadnych zmian.


W szpitalu miewałam huśtawki nastroju, ale nie było szans nic po mnie poznać. Staram sobie wszystko na chłodno przyjmować i tłumaczyć, od dzieciaka kieruję się też ważnym dla mnie mottem/przysłowiem " Śmiej się przy ludziach, płacz tylko w ukryciu, bądź lekka w tańcu lecz nigdy w życiu." Ale zdażało mi się, że personel medyczny widział mnie zapłakaną lub z zaczerwienionymi oczami. Nie było to jednak przyczyną mojego samopoczucia, a bólu który czułam i z którym nie potrafiłam sobie poradzić. Żeby było zabawnie, najwiekszy i najsilniejszy ból czułam w tej części ręki, której nie czułam... Tam gdzie nie miałam czucia, tam miałam największe bóle. Nie mogłam nic zrobić, nieprzyjemne mrówienie i uczucie ściskania w dłoni oraz przeszywający ból w przedramieniu, tak jakbym wszystko miała podłączone do prądu... Nie pomagało nic, żadne tabletki, ani inne metody... bólu nie dało się zlikwidować, zmniejszyć, ani nawet usunąć, to był jedyny problem z którym nie umiałam sobie poradzić i przez który płakałam. Pielęgniarki się o mnie martwiły i poprosiły psychologa o konsultację w mojej sprawie. Zjawiła się urocza pani i przyszła kilka razy, ale już po pierwszej rozmowie stwierdziła, że gdyby chociaż część pacjentów miała takie podejście do życia, to ona nie miała by co robić w szpitalu. 


Na wypis czekałam tydzień czasu, lekarze zaczeli go robić 22go we wtorek... śmiali się ze mnie, że powinnam im dostarczyć dodatkową ryzę papieru do drukowania, bo małą książkę tworzą. Zakończyli swoją twórczość w poniedziałek 27.08.18. Przy wręczaniu mi całej papierologii były fanfary, były oklaski ( znajoma z sali włączyła na szybko podkład z internetu, a klaskać zaczęła osobiście 😅), była też radość lekarzy, że nareszcie udało im się skończyć własną twórczość i że jak mnie pogonią do domu to na oddziale znowu zapanuje spokój i harmonia 😉


Wróciłam więc do domu, na wózku inwalidzkim i z ręką na temblaku. Trzy palce u stopy złamane z przemieszczeniem, ubytek kości udowej przez który nie mogłam chodzić i ręka, którą nie ruszałam i jej nie czułam... Taka inna ja na zewnątrz, chociaż w środku ta sama... pozytywnie szurnięta.


OPIS POŁAMAŃCA... 2019-04-03

Nie potrafię być poważną osobą, ale naprawdę nieciekawy było z moim zdrowiem. Mój wypis był obszerny...


.


 


W skrócie mówiąc otwarte złamanie stopy prawej, otwarte złamanie prawej kości udowej, otwarte złamanie kości łokciowej i promieniowej prawej ręki  złamaniemiednicy, stłuczenie tkankipłucnej, stłuczenie głow,  anizokoria   czyli że moje źrenice były i nadal są różnej wielkości...


Kwartał roku w spędzony w szpitalu, dokładnie 86 dni przebywania na oddziale chirurgii urazowo-ortopedycznej.


 


Na szczęście zadomowiłam się tam na tyle, że personel medyczny nie narzekał na moją osobę. Pielęgniarki miały ze mną wesoło, bo ciągle z czegoś żartowałam, lekarze byli zadowoleni, że na nic nie narzekam, inni pracownicy szpitala którzy "mieli pecha" spotkać mnie na swojej drodze, dziwili się, jak fajnie radzę sobie po wypadku i jak dobrze po tym wszystkim dochodzę do siebie. Nazywano mnie "motocyklistką z zakrętu".


Na początku byłam pacjentem leżącym. Usiąść na łóżku mogłam jakoś po 2-3 tygodniach, a kilka dni później panie rehabilitantki pomogły mi usiąść na wózku. Pierwszy "spacer" trwał 15 min. - aż tyle żeby dojechać do toalety i wrócić. Drugiego dnia było podobnie, ale z każdym kolejnym dniem spędzałam więcej czasu na wózku i coraz rzadziej potrzebowałam pomocy pielęgniarek. 


Wyjaśnię, że miałam sprawną tylko lewą nogę i lewą rękę. Prawa ręka i noga były poskręcane metalowymi konstrukcjami, tak by kości mogły się w miarę możliwości równo zrosnąć. Takie antenki do odbierania sygnału telewizyjnego 😉, nie dziwne że sąsiedzi na telewizor narzekali. 😅 W ręce konstrukcję trzymałam około miesiąca, do czasu aż nie została wymieniona na wewnętrzny zestaw blaszek tytanowych. 


.


W nodze ten cudowny zestaw naprawczy musiałam mieć 9 tygodni. Przez większość tego czasu nosiłam też bardzo seksowne pampersy, gdyż nie byłam w stanie założyć normalnych majtasów. Był lipiec, ciepło na dworze, więc ja i mój tyłek delikatnie mówiąc się pociliśmy. Codziennie miałam rehabilitacje i miła pani, która często ze mną ćwiczyła zaproponowała mi, że mogę wychodzić na krótkie spacery przed szpital. Świeże powietrzpri promienie słońca pomagają w powrocie do zdrowia. Ze względu na to, że nosiłam pampersy, zaproponowała mi, żeby ktoś z bliskich przywiózł coś na wzór męskich bokserek. Luźne, krótkie spodenki, tak żebym nie wstydziła się wyjść na dwor i żeby można było założyć je przez gips. Bez zastanowienia odpowiedziałam jej: "Spokojnie superbohaterowie też chodzil w pampersach i się nie wstydzili." 😂


Niestety, narzekać miałam na co... Problemem było to, że prawą nogę na początku zginałam jedynie 10-15°, z czasem doszłam do 30°. Ułożyć się w łóżku na lewym boku było niemożliwe. Poruszałam się na wózku tylko z wyprostowaną nogą. Cały czas bałam się, że ktoś mi ją niechcący uderzy albo że walnę nią o ścianę, czy jakieś drzwi. Takie zderzenie też nie byłoby przyjemne ze względu na to, że mam złamane trzy palce u stopy... dodam, że to złamanie przemieszczeniem... Mam tak do tej pory.


Suzi i ja! 2019-03-20

Gdy zrobiło się ciepło i przyjemnie, zaczęłyśmy "spacery" po mieście i okolicach. Sezon przejeździłam z uśmiechem na twarzy i muchami na zębach ;) Kupiłam przecież niedawno (31.05) nowy kask, kolorem pasujący do maszyny :)  Kolejny życiowy pech. 3 czerwca zakończyłam sezon wielką wpadką... Wpadłam niechcący czołowo na samochód.


Niedziela rano, słońce za oknem, lekka, przelotna mżawka - nie wiem co z tym odkryciem zrobić... Byłam umówiona z kuzynem na wypad "wokół komina". Tego dnia ustawiłam się na spotkanie z kilkoma osobami. Z kuzynem byłam umówiona koło południa - przejażdżka nad jezioro w małej grupce osób - wystarczyło, że dojadę do nich z mojego domu, jakieś 40 km. Później w planach były umówione dwie kawy z osobami, z którymi nie widziałam się już dłuższy czas. Jakoś trzeba łączyć przyjemne z przyjemnym :) W moim mieście trochę kapało z chmur, ale po telefonie do kuzyna okazało się, że u nich wcale. Faktycznie, jakieś 5 - 10 km za miastem  nie było śladu deszczu. Droga była przyjemna i praktycznie bez większej ilości samochodów. Dojechałam do nich i ruszyliśmy w drogę. Jechałam przed ostatnia. Pierwszy raz jechałam tą trasą, dlatego wolałam trzymać się tyłów. Nie spieszyło nam się wcale, więc nikt nie bił rekordów i nie popisywał się. Moment wypadku pamiętam niedokładnie. Wiem, że byliśmy na zakręcie drogi, nie kojarzą żadnych niesprzyjających warunków, które przyczyniły się do wypadku. Jedyne co mogłoby mieć wpływ, na to co się wydarzyło, to słońce. Ale czy jakiś wpływ miało, też nie pamiętam... Gdy złożyłam wszystkie znane mi informację w całość, wyszła taka opowieść:




Zamiast skręcić i dokończyć zakręt, pojechałam prosto, na czołówkę z osobówką koloru zielonego ( zdawało mi się, że zderzenie było z żółtym autem ) Pamiętam, że wpadłam na prawą stronę auta i i zepsułam/stłukłam światło ze strony pasażera. Jak było naprawdę, uświadomiła mi fotka wozu, którą później dostałam od kuzyna. Okazało się, że przeleciałam przez kierownicę i wpadłam na przednią szybę auta. Odbiłam się od szyby i upadłam na ziemię, zbierając trochę gleby na ranę stopy. Podobno byłam cały czas przytomna i po odpowiedzeniu na pytania policjantów i strażaków zbierałam się do domu. Plecak, który miałam ze sobą, znaleziono w lesie kilkanaście metrów od miejsca, w którym leżałam. Telefon wypadł mi z wewnętrznej kieszeni kurtki i leżał na mnie tak, jakbym przed chwilą coś w nim sprawdzała. Kolejny "szczęście w nieszczęściu" był fakt, że chwilę po zderzeniu jechała tamtędy para motocyklistów - lekarzy. Wracali do domu z zagranicznych wakacji. Pan doktor zajął się mną na tyle dobrze, że widząc moje urazy wezwał śmigłowiec ratunkowy, bo wiedział, że karetka która jechała na miejsce wypadku, może nie wystarczyć. Tak więc "polatane" miałam dosłownie i w przenośni. Na szczęście trafiłam do szpitala we Wrocławiu, więc szanse na przeżycie wzrosły. Dobrze, że nie odstawili mnie do domu, bo mogłabym skończyć gorzej ... albo w ogóle skończyć. W ciekawy sposób o wypadku została poinformowana moja rodzina. Kuzyn zadzwonił do szwagra, bo nie mógł się skontaktować z moją mamą. Szwagier nie wiedział co jest na rzeczy, więc dał rozmowę na głośnik, bo jedli z moimi rodzicami wspólny obiad. Informacja brzmiała mniej więcej tak, jak powtórzyła mi później mama: "Cześć, sytuacja opanowana, Monikę zabierają śmigłowcem do szpitala". Szkoda, że tego nie widziałam, albo że tego nie nagrali. Po dłuższym czasie od wypadku mama już się z tego przekazu potrafiła śmiać. Spokojny obiad zakończył się w pół sekundy. Mama wsiadła w auto i popędziła do Wrocławia, do szpitala. Operacja zakończyła się w nocy, z uwagi na liczne obrażenia pierwsze dni spędziłam na morfinie. Po przebudzeniu, które pamiętam uśmiechnęłam się do bliskich stojących przy moim łóżku i powiedziałam: " Będzie dobrze. Najważniejsze że mam cały kręgosłup".


.


.


.


Zainteresowania... rzecz nabyta! 2019-03-18

Co co do zainteresowań, było ich wiele. Niektóre zakończone przez słomiany zapał, inne przez brak środków finansowych, kolejne przez brak weny. Były też takie, z których po prostu wyrosłam. Kiedyś zbierałam karty telefoniczne, znaczki, czy podkładki pod piwa. Były też kufle do piwa,  niestandardowe butelki po alkoholach, czy paczki popapierosach. Zbieranych rzeczy było mnóstwo... Dalej było też tworzenie bransoletek z koralików, szkicowanie krajobrazów czy pisanie wierszy. To tylko część zainteresowań, które wypróbowałam w swoim życiu. Kiedyś też dużo jeździłam na rolkach, trochę starałam się jeździć konno. Należałam do grupy tańca nowoczesnego, ćwiczyłam capoeira, starałam się uprawiać parkour. Próbowałam ćwiczyć alpinistykę czy wspinaczkę na sztucznych ściankach. Bywałam też fotomodelką. Ostatnio zrobiłam nawet prawko kat. A, by latem omijać korki. ;)


No właśnie, trzeci przykład mojego pecha, to epizod z życia, w którym byłam mężatką. Daty nie muszę pamiętać... Co roku o niej przypominają. 10  kwietnia - tragediasmoleńska ( moja chyba też ) Szykowaliśmy się do urzędu cywilnego. W domu nadawała jakaś stacja telewizyjna, leciały wiadomości. Było słychać komunikat, że prezydent nie żyje. Moja mama głośno się zastanowiała: " Ciekawe, którego kraju prezydent nie żyje? " Po chwili już wiedziała. Właśnie wtedy miałam szansę zmienić zdanie co do ślubu. Niestety, nie skorzystałam...Za to przy rozwodzie nie było co narzekać. Faceci wymieniają żony na młodsze modele. Ja męża wymieniłam na motocykl i nie żałuję. Też był młodszy, a nawet tańszy w utrzymaniu. Same plusy...


Taki wibrator między nogami nie jedna kobieta by chciała mieć ;P


 Egzamin zaliczyłam płynnie, nawet usłyszałam od egzaminatora pochwałę. Skompletowałam ciuchy i znalazłam ładną Suzi, która czekała na mnie w garażu co najmniej kwartał, tzw. zimę :)


 



" alt="Suzi" />


 


" alt="Suzi" />


.


.


TEN POCZĄTEK TO ŚCIEMA! 2019-03-17

Na początku ludzie się przedstawiają i opowiadają trochę o sobie ... Ja zaczęłam od środka, jak zawsze ...




Kilka miesięcy temu skończyłam pierwsze 30 lat swojego życia. Nie wiem czy następne 30 też przeżyję, ale skupię się na tych co minęły. Po pierwsze zawsze chciałam być facetem. Mój tata też myślał, że dorobi się syna, ale trochę mu popsułam plany. Nigdy nie mieli ze mną łatwo ( jak na syna przystało ), ale wybitnie złym dzieckiem też nie byłam. Pierwszy raz po alkoholu film mi się urwał 1 listopada, czyli w święto zmarłych ( za tych co nie mogą też piliśmy, choć byliśmy niepełnoletnich). Przerabiałam wtedy kolory tęczy, najpierw jako drinki, później jako pawie... Jak po wolnym wróciłam do szkoły, mój nauczyciel, z którym miałam też zajęcia dodatkowe,  już o tym wiedział. Jak?! Jego znajomy, który mijał kiedyś naszą grupę, zapamiętał mnie i doniósł mu co widział, szybciej niż Poczta Polska... W szkole wolałam być szarą myszą, więc w oczy rzucał się tylko pęk kapselków od Tymbarku przypięty do spodni, agrafki różnych rozmiarów na każdej nogawce i trampki nie zawsze zawiązane. Taka ze mnie szara mysz... 


Wszystkie szkoły jakoś zdałam, maturę i egzamin zawodowy też. Mogłam lepiej, ale... ale życie i tak było, a nawet jest ciekawe. O! Kolejny ciekawy "peszek" jest taki, że każda szkoła którą ukończyłam, została wyremontowana czy też zmodernizowana po moim wyjściu.




To nie jest tak, że w życiu mam tylko pecha. Wiele rzeczy mi się udało, zdarzało mi się mieć szczęście w swoich wyborach, do tego silna wola i ciężka praca. To i wiele innych czynników sprawiło, że jestem jaka jestem. Ale ciekawiej słucha się jak człowiekowi coś nie wychodzi, niż że mu się wszystko udaje. Może dlatego ktoś będzie chciał to czytać.


... Dzięki wszystkim moim porażką i każdej sytuacji, która niszczy mi życie,  staram się z większym uśmiechem przechodzić kolejnet trudności. Delikatnie mówiąc: śmieje się przeznaczeniu w twarz.


Nawiązując do początku posta. Po drugie: jestem ładna, jestem zgrabna, jestem skromna... taki żarcik. Jestem słodka, ponieważ codziennie zjadam pół kilo słodyczy. Nie przepadam za nudą i rutyną, do życia potrzebuję adrenaliny, przez co brak mi kilku klepek... i stałych zainteresowań.


Ciągle szukam czegoś dla siebie...


POCZĄTEK... 2019-03-17

.Pisać pisać czy nie pisać? To nie jest trafione pytanie, ale od czegoś trzeba zacząć ... Zacznę więc od środka, bo początek tego zamieszania przypada na 1988 rok. Wtedy przyszłam na świat i już było wiadomo, że łatwo nie będzie.


Urodziłam się 13-ego ( ale nie pechowego dnia ), bo to był czwartek. Za to 18 urodziny odbyły się w piątek, więc nie mogę narzekać, gdyż powtarzałam je trzy razy. Nie jest źle, bo miasto nadal stoi, a ja chodzę wolno. Dwa lata później fuksem zdałam maturę i zaczęłam żyć na własną rękę. Nie miałam nudnego życia ... na przestrzeni kilku lat zbiłam masę luster, więc zapas pecha mam do sześćdziesiątki. W mojego pecha wierzę tak mocno, że jak na złość, mam też dużo szczęścia. 😜


Jak na przykład wypadki samochodowe... Trzy różne auta, którymi jeździłam i w każdym ktoś rozbił mi tylny zderzak. Taki atrakcyjny miałam tył ... Dalej były już inne części: wgniecione drzwi pasażera, wyrwany prawy błotnik, urwane lusterko. Z mojej winy zaatakowałam dziurawy asfalt, który wygiął mi felgę i zniszczył oponę ... nic strasznego, tylko że sytuacja miała miejsce w niedzielne południe, na rzadko uczęszczanej drodze.


" Wysiadłam więc z mojej komety. W błękitnej, przewiewnej, nie za długiej sukience i stałam licząc na to, że może jednak coś tędy przejedzie. Po około 20 minutach stwierdziłam, że tyle szczęścia mieć nie mogę. Wyciągnęłam zatem z bagażnika zapasowe koło, lewarek, klucz i rękawiczki ... ( Ja nie dam rady? Ja? ) Na początku łatwo nie było. Śruby nie ustępowały, rękawice przeszkadzały i te niedzielne sandałki... Masakra... Po pewnym czasie koło ustąpiło. Wymieniłam na to drugie, włożyłam śruby i przykręciłam po skosie ( tak jak uczył mnie mój tata ). Zostały do przykręcenia dwie śruby. Nagle na drodze pojawiło się auto. Zatrzymali się panowie i spytali:


- Czy nie trzeba mi pomóc?


- Teraz? Trzeba było jechać tędy pół godziny wcześniej.


Panowie widząc mój strój i czarne dłonie byli tak chętni do pomocy, że przykręcili mi te ostatnie 2 śruby i spakowali zepsute koło do bagażnika. Na dojazdowej oponie mogłam jedynie wrócić do domu... Ale miałam swoją niedzielną wycieczkę... "


 


" alt="Mała dziurka" />



.



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]